poniedziałek, 19 sierpnia 2013

# 1

                                                                  Rozdział I

                                                            Trójka Przyjaciół
  

  Kornelia Kingsley spojrzała z niecierpliwością na zegarek. Dochodziła już czwarta, a jej przyjaciele wciąż się nie zjawiali. Westchnęła i spojrzała ze znudzeniem na swoje blade dłonie z paznokciami pomalowanymi na czarno. Na czwartym i trzecim palcu prawej dłoni znajdowały się dwa pierścionki. Jeden był srebrny z czaszką, drugi był repliką pierścienia powodującego niewidzialność z Władców pierścieni.
   – Czy coś podać? – dopiero po chwili zorientowała się, że przyszedł kelner.
   – Coca Colę z lodówki, proszę – odpowiedziała – z cytryną. – dodała po chwili namysłu.
   – Już się robi – powiedział kelner z uprzejmym uśmiechem przyklejonym do twarzy. Zapisał to szybko w swoim małym notesie i zniknął we wnętrzu kawiarni.
  Kornelia wybrała miejsce na dworze ze względu na nadzwyczajnie ładną, jak na Londyn, pogodę. Lubiła również obserwować pędzące czerwone autobusy piętrowe i czarne taksówki przez ulicę. Na przeciwko kawiarni znajdował się zabytkowy budynek teatru, który oblepiony był teraz plakatami reklamującymi nowy musical Les Miserables. Gdy spojrzała na te plakaty, od razu przypomniała sobie, że ma przecież tę książkę Victora Hugo w torbie. Wyjęła ją i zaczęła czytać, szczęśliwa, że wreszcie może zabić jakoś ten wolno-płynący czas. Po chwili przyszedł kelner i postawił jej przed nosem napój. Pociągnęła łyk Coli i zabrała się z powrotem za czytanie. Po upłynięciu dziesięciu minut, kiedy opróżniła już całą szklankę, stwierdziła, że dłużej nie wytrzyma. Sięgnęła znowu po swoją czarną, sportową torbę opatrzoną całą masą przypiętych guzików, kokardek i broszek. Wyjęła stary telefon, który nazywała “złomem” i wybrała numer Klary Black. Przyłożyła komórkę do ucha i czekała. Nic. Dzwoniła przedtem do niej już ze sto razy, a ta nie dawała żadnych znaków życia. “Pewnie jak zwykle ma rozładowany telefon” – pomyślała zrezygnowana. Nie poddała się jednak i zadzwoniła do drugiego przyjaciela, Toma Knighta. Po paru sygnałach połączenie się przerwało –“A ten, jak zwykle, pewnie nie słyszy kiedy się do niego dzwoni”. 
Kornelia była cierpliwą osobą, ale cierpliwość miała przecież swoje granice. Przyzwyczajona już była do spóźnialstwa swoich przyjaciół, ale zwykle musiała na nich czekać pół godziny, a przynajmniej na Klarę. Tom zawsze przychodził wcześniej, spóźniał się zwykle tylko parę minut. Dzisiaj było inaczej. Czekała już na nich prawie całą godzinę, a oni nie dawali żadnego znaku życia. “Jeśli zaraz nie przyjdą, zacznę się niepokoić i zadzwonię do ich rodziców”– postanowiła. Odłożyła książkę do torby i zaczęła obserwować ludzi idących chodnikiem. Nagle, jak na zawołanie, z tłumu turystów z Chin wypadł Tom. Wypatrzył wzrokiem czarne, falowane włosy Korneli i popędził do jej stolika. 
   – Prze-praszam– wysapał i usiadł obok niej na wysokim stołku. Wyglądał na bardzo zmęczonego, jakby właśnie przebiegł wiele kilometrów w jakimś maratonie. Jego brązowe, lokowane włosy, które były w wiecznym nieładzie sterczały teraz jeszcze bardziej we wszystkie strony. Czerwona, kraciasta koszula była krzywo zapięta i wygnieciona. Zdjął okulary w czarnych, kwadratowych oprawkach i przetarł je skrawkiem koszuli, a następnie włożył je z powrotem na spocony nos.
  Tom Knight był wysokim, chudym, piętnastolatkiem. Miał kiepski wzrok przez długi czasu spędzony nad książkami. Kornelia nie znała mądrzejszej osoby w ich szkole. Tom pamiętał dosłownie wszystkie daty z historii, znał każdy pierwiastek i zasady ortografii, był wzorowy z matematyki. Nie było sprawdzianu, z którego nie dostałby “A”. No może z wychowania fizycznego, ale to była już zupełnie inna sprawa. W szkole uchodził za kujona i wiele uczniów go przezywało. Kornelia wraz z Klarą zawsze go broniły i nie znosiły tych osób. Tom może i spędzał dużo czasu nad książkami, ale nie można było go nazwać sztywniakiem. Potrafił się rozerwać przy dobrym filmie i miał świetne poczucie humoru oraz ciepłą osobowość. 
   – Co masz na swoje wytłmaczenie? – Kornelia złożyła ręce pod biustem i zmierzyła go obrażonym spojrzeniem – Czy mogę wiedzieć gdzie się podziewałeś, podczas gdy ja gniłam sama w tej kawiarni przez bitą godzinę i nie dostałam od ciebie żadnego znaku życia?
Nie podnosiła głosu, chociaż była oburzona. To nie było w jej naturze. 
   – Ja... Ja nie wiem od czego zacząć – Tom był naprawdę zmieszany – nie odpowiadałem...
   – “Bo nie usłyszałem dzwonka”, tak?
   – Skąd wiedziałaś? – zdziwił się.
   – Bo nigdy go nie słyszysz – odparła dziewczyna – naprawdę, ustawię ci kiedyś jakiś utwór Cannibal Corpse to może wreszcie odbierzesz łaskawie telefon. 
   – Dostanę wtedy zawału i będziesz musiała dzwonić po karetkę.– zażartował –Ale to nie był jedyny powód, dla którego nie odpowiadałem. Nie miałem kasy na telefonie i nie mogłem oddzwonić. Wyszedłem bardzo późno z domu, bo... no... zupełnie zapomniałem o naszym spotkaniu. Potem spóźniłem się na metro, a gdy już wsiadłem dopiero po jakimś czasie zdałem sobie sprawę, że jadę nie w tę stronę. Naprawdę przepraszam. Rozkojarzony dzisiaj coś jestem.
   – Już zaczęłam myśleć, że coś poważnego się stało, ale wybaczę, zresztą jak zwykle. Za dobra dla was jestem – Kornelia pokiwała głową z dezaprobatą, ale się już nieco rozchmurzyła.– A masz dla Klary jakiś drobiazg? Czy też zapomniałeś, że dzisiaj ma urodziny?
  – Mam – odparł i z triumfalnym uśmiechem wyciągnął małą paczkę z plecaka – kupiłem jej nowy zeszyt na wiersze. Tamten już prawie cały zapisała.
   – Co?! Kupiłeś jej też zeszyt? – zawołała Kornelia wyciągając podobną paczkę ze swojej torby – no świetnie, będzie miała od nas te same prezenty...
  – Znając ją i tak je pewnie szybko zapisze. A tak w ogóle to gdzie ona jest? Myślałem, że dzisiaj przyjdzie wyjątkowo wcześniej niż ja...
  – Właśnie chciałam zadać ci to samo pytanie. Dzwoniłam do niej sto razy, ale telefon ma pewnie jak zwykle rozładowany. Może coś jej się stało...? Jakiś psychopata ją porwał i teraz siedzi zamknęta w piwnicy z pająkami i nie wiadomo co się z nią dzieje...
  – Weź przestań – wzdrygnął się Tom – ty i ta twoja bujna wyobraźnia. Na pewno nic jej nie jest. Może dopiero co wstała?
  – Haha! Halo, Ziemia do Toma! Jest już po czwartej. Jak mogłaby dopiero teraz wstać?
  – Może czytała jakąś dobrą książkę przez całą noc i teraz odsypia.
Oboje wiedzieli jednak, że zabrzmiało to zbyt absurdalnie. Klara może i kochała książki oraz uwielbiała spać, ale zawsze robiła to w granicach rozsądku.
   – Jest! – zawołał nagle Tom bo wypatrzył biegnącą w ich stronę przyjaciółkę – Wreszcie!
   – Przepraszam, przepraszam, strasznie przepraszam! – zawołała dziewczyna, kiedy dotarła już do ich stolika i usiadła na trzecim stołku. 
Klara Black miała jasnobrązowe, lokowane włosy do ramion i niezwykle ciemne oczy, które nazywała “czarnymi dziurami”. Na małym nosie miała parę piegów, które dodawały jej uroku. Słynęła z bardzo krótkiej pamięci i z duszy artystycznej. Uwielbiała malować, rysować i pisać wiersze, dlatego miała też najlepsze oceny z angielskiego i z plastyki. Była również niepoprawną marzycielką i romantyczką, zawsze bujającą w obłokach. Miała pecha, bo zwykle jej głowa zajęta była marzeniami podczas lekcji i kiedy nauczyciele pytali się ją o odpowieć, była kompletnie zdezorientowana. Tom pomagał jej wybrnąć z takich sytuacji i to dzięki niemu uniknęła większości złych ocen. 
   Kornelia, a raczej Nela, gdyż tak nazywana była przez przyjaciół, różniła się nieco od pozostałej dwójki. Miała bladą cerę, czarne włosy i zielone oczy. Patrząc na jej styl można by było ją wziąść za fankę rocka i heavy metalu, ubierała się bowiem prawie zawsze na czarno i nie rozstawała się ze swoimi wściekle czerwonymi glanami. Uwielbiała jednak też muzykę klasyczną. Sama grała na skrzypcach i była członkiem małej orkiestry w ich szkole. Z natury była bardzo spokojna i nieśmiała. Miała również wielką wyobraźnię, lubiła różne mrożące krew w żyłach, tajemnicze historie. 
Trójka, mimo wielu różnic, rzadko się kłóciła i była najlepszymi przyjaciółmi już od sześciu lat.
   – Teraz twoja kolej na tłumaczenia – powiedziała na powitanie Kornelia – gdzie byłaś i czemu się tak strasznie spóźniłaś? Wiemy, że jesteś spóźnialska, ale czy nie sądzisz, że trochę przesadziłaś?
  – Myśleliśmy, że coś się stało – dodał Tom – to znaczy Nela tak myślała, ja byłem przekonany, że nic ci nie jest i, że po prostu zapomniałaś, czy coś.
  – Jasne – mruknęła czarnowłosa – strasznie się o nią bałeś.
  – Przepraszam – powtórzyła cicho Klara – tak jak Tom powiedział, zapomniałam... Ale to się już nigdy nie powtórzy! Obiecuję.
  – Lepiej nie obiecuj, bo na pewno złamiesz obietnicę – odparła Nela, ale uśmiechnęła się do przyjaciółki i wręczyła jej paczkę z zeszytem w środku – wszystkiego najlepszego z okazji piętnastych urodzin!
  – STO LAT, STO LAT, NIECH ŻYJE KLARA NAM! – zawył Tom a dziewczyny spojrzały na niego rozbawione. Śpiew nie był talentem chłopaka.
  – Weź się lepiej przymknij, bo bębenki nam pękną – powiedziała żartobliwie Klara – bardzo wam dziękuję za prezenty i życzenia, ale naprawdę, nie musieliście.
  – Musieliśmy. – odpowiedziała Kornelia – ale niestety, kupiliśmy ci przez przypadek te same rzeczy.
Dziewczyna rozerwała papier z obu prezentów i bardzo ucieszyła się na widok zeszytów.
  – Nic nie szkodzi, są świetne! – powiedziała obejmując przyjaciół – na pewno mi się przydadzą.       
Nela poprosiła kelnera by podszedł do stołu jeszcze raz. Zamówiła drugą Colę dla siebie, Klara lody w pucharku, a Tom ciasto czekoladowe. 
  Co roku, w pierwszy dzień wakacji, trójka przyjaciół urządzała spotkania zawsze w tej samej kawiarni. Spotykali się by uczcić zakończenie roku szkolnego i po prostu porozmawiać ze sobą. Zawsze spędzali ze sobą bardzo dużo czasu. W ciągu roku szkolnego uczyli się razem w swoich domach i chodzili do kina w weekendy. W wakacje również często się spotykali, czasami nawet wyjeżdżali razem nad jezioro czy nad morze z rodzicami. Mieli szczęście, bo ich rodzice również bardzo się ze sobą przyjaźnili. 
  Rozmawiali i siedzieli w kawiarni do siódmej wieczorem. Czas minął im bardzo szybko, a potem musieli się rozejść do swoich domów. Pożegnali się i każdy poszedł w swoją stronę.


                               
                                                                   ***


  Klara Black postanowiła wrócić do domu przechodząc przez Hyde Park. Uwielbiała parki. Miejsca pokryte trawą i z dużą ilością drzew zawsze przynosiły jej dużo weny w pisaniu wierszy. 
  Hyde Park, jak zwykle o tej poże, zapełniony był ludźmi, szczególnie turystami, którzy przyszli tu odpocząć po całym dniu zwiedzania. Jednak, mimo swojej wielkości, nigdy nie odczuwało się zagęszczenia, wręcz przeciwnie: czuło się wolną przestrzeń. 
Dziewczyna minęła Speech Corner, gdzie ludzie głośno wygłaszali swoje opinie na różne rzeczy. Dominowały tematy polityczne i religijne. Spojrzała z rozbawieniem na mężczyznę stojącego na postumencie i krzyczącego do małego tłumu, zebranego by go wysłuchać. Pod nim stał inny mężczyzna, który starał się go przekrzyczeć. Ktoś wcisnął jej ulotkę do ręki z instrukcją medytacji. Tak, Londyn miał swoje dziwne tradycje i Klara właśnie za to kochała to miasto. 
Dziewczyna znalazła zaciszne miejsce pod ogromnym drzewem, z dala od krzyczących ludzi. Postanowiła, że posiedzi chwilę na ławce i może naskrobie coś w swoim nowym zeszycie. Wyjęła prezent od Toma i długopis z torby zastanawiając się co napisać i wtedy to zobaczyła. Pod klonem, przy którym siedziała, w kępie trawy, leżał jakiś zwój pergaminu. Klara pochyliła się by go podnieść i przyjrzała mu się z zainteresowaniem. Był stary. Dziewczyna stwierdziła, że mógł pochodzić z XVIII wieku, ale nie była tego pewna. Tom by z pewnością wiedział. Zapieczętowany był czerwonym woskiem, gdzie odciśnięty był jakiś herb z kluczem po środku. "Skąd się takie coś mogło tu wziąść?"– zdziwiła się – "to wygląda jakby należało do muzeum..." Nie wiedziała co powinna z tym zrobić. Może ktoś to zgubił i powinna to komuś oddać? Może to jest jakiś ważny dokument, na przykład czyiś stary testament? Postanowiła, że poczeka chwilę, aż ktoś się po to zgłosi, a jak nikt się nie zjawi, po prostu zabierze to ze sobą i otworzy w domu. Musiała przyznać, że była bardzo ciekawa co napisane było w środku. Jeśli rzeczywiście to był jakiś stary zwój pergaminu, to oznaczało, że dokonała naprawdę ciekawego znaleziska i, że mogło być tam coś interesującego. 
  Po upływie pół godziny, stwierdziła, ze powinna już wracać do domu. Dochodziła już ósma i nie chciała, żeby mama denerwowała się na nią za spóźnienie się na kolację. A spóźnienia u Klary nie były przecież rzadkością. W głębi duszy, cieszyła się, że nikt nie zgłosił się po zwój pergaminu i, że mogła zatrzymać go dla siebie. Postanowiła, że gdy wróci do domu, zadzwoni do Korneli i Toma i podzieli się z nimi swoim znaleziskiem.



                                                                                              ***

  
  Higgins bał się. Już naraził się swojemu Szefowi wiele razy, ale tym razem sprawa była poważna. O wiele bardziej poważna. Stał na ciemnym korytarzu, przed jego gabinetem, trzęsąc się ze strachu. Nie miał odwagi by nacisnąć klamkę, pchnąć drzwi i stanąć z nim twarzą w twarz. Nie po tym co zrobił. Wiedział, że nie uniknie pewnych konsekwencji i, że może nawet przypłacić tym razem swoim życiem. Przez cały swój żywot był tchórzliwym typem, ale odkąd zaczął dla niego pracować, jego tchórzostwo zwiekszyło się chyba stukrotnie. Jego życie było w ciągłym ryzyku. Wystarczał jeden, jedyny niewłaściwy ruch i mógł za to zapłacić najwyższą cenę. Teraz czuł, że ta chwila nadeszła i był bliski omdlenia ze strachu. 
  Higgins był drobnym, chudym człowieczkiem, z rzadkimi, szarymi i bardzo tłustymi włosami. Miał wielki, zakrzywiony nos, na czubku którego znajdowały się okrągłe okulary z grubymi, pożółkłymi szkłami. Zawsze chodził zgarbiony, jakby bał się, że zaraz ktoś wyskoczy zza rogu i go zaatakuje. Nosił stary, szary garnitur z małymi dziurkami wygryzionymi przez mole i stanowczo za długie spodnie, które przykrywały jego ubłocone buty. Jednym słowem, był bardzo nędzną i niepozorną osobą. Nie był jednak głupi i to może był powód, dla którego Szef przyjął go do swoich szeregów. Higgins przeklinał ten dzień. Kiedy zgodził się dla niego pracować, nie było już odwrotu. 
Wiedział, że nie może dłużej stać przed drzwiami biura i, że to tylko pogorszy jego sprawę. W końcu wystawił przed siebie trzęsącą się rękę i nacisnął klamkę. Powoli otworzył ciężkie, drewniane drzwi i wszedł do środka, kuląc się ze strachu. 
  Biuro Szefa było duże, ciemne i ekstrawaganckie. I niezwykle duszne, przepełnione dymem od palenia.Tylko jedna lampka, z bogato zdobionym kloszem, stojąca na biurku oświetlała nieco całe pomieszczenie, przez co meble rzucały długie cienie. Większość przedmiotów i mebli była antykami. Na ścianach wisiały stare obrazy. Jeden przedstawiał scenę polowania, a drugi Londyn z XVII wieku. Z pewnością kosztowały ponad kilkadziesiąt tysięcy funtów. Podłoga była pokryta bogato zdobionym dywanem, który tłumił nieco kroki Higginsa. Wielkie biurko Szefa zrobione było z wypolerowanego drewna, które świeciło w świetle lampki. Za nim było duże okno szczelnie przykryte czerwonymi, ciemnymi zasłonami, które nie dopuszczały do środka ani jednego promienia słońca. Blat zawalony był papierami, starymi książkami i segregatorami, a na rogu mebla stało klasyczne pióro i kałamarz. W wysokim krześle za biurkiem siedział Szef. Higgins prawie nigdy nie widział jego twarzy (był z tego całkiem rad) i tak też było tym razem. Prawie zawsze przykrywała ją chmura bardzo gęstego dymu unoszącego się z cygara. Szef bardzo często palił: gdy był bardzo zdenerwowany, gdy był wyjątkowo zadowolony i gdy miał fatalny humor.  Na każdą okazję, przez cały czas.
  – Jesteś, Higgins, nareszcie. Długo na ciebie czekałem – odezwał się grubym, zachrypniętym głosem nawet nie podnosząc głowy znad papierów by na niego spojrzeć. Wypuścił kolejny obłok dymu ze swojego cygara – Jakie wieści mi dzisiaj przynosisz?
Higgins stał nieruchomo, jakdyby był posągiem wmurowanym w ziemię. Nie wiedział co powinnien powiedzieć i od czego zacząć. Serce biło mu jak oszalałe.
  – Masz wreszcie to, na co tak długo czekałem? Zdobyłeś to? – podniósł wreszcie wzrok i spojrzał na niego. Przestraszony człowieczek nie widział jego oczu, ale domyślał się, że patrzyły teraz na niego bardzo przenikliwie. 
  – Szefie, Panie ja...– odezwał się wreszcie, starając się by jego głos nie zabrzmiał piskliwie – wzywałeś mnie i przyszedłem.
Zdał sobie sprawę, że jego słowa zabrzmiały bardzo naiwnie. Nie wiedział jednak co innego powiedzieć.
  – Tak, wzywałem cię, głupcze – odpowiedział zaczynając się nieco niecierpliwić. Nie podniósł, jednak głosu – pytam się ciebie. Zdobyłeś to na co tak długo czekałem? Tą jakże cenną rzecz, której poszukiwałem przez prawie całe swoje życie? Odpowiedz. Tak, czy nie?
  – Zd-zdobyłem, panie – zająknął się Higgins. Przełknął ślinę i starał się kontynuować dalej – tylko, że... ja... jest pewien problem.
Wziął głęboki oddech, zamknął oczy i po raz pierwszy w życiu zebrał w sobie całą swoją odwagę.
  – Zgubiłem to.
  – Co, proszę?
  – Zgu-zgubiłem to.
Zrobiła się cisza. Szef odłożył swoje dokumenty i głeboko zaciągnął się cygarem nie spuszczając oczu z Higginsa. 
  – Zgubiłeś. Zgubiłeś – powtórzył cicho jego słowa i powoli wstał z krzesła. Siwy człowieczek wiedział, że jego spokojny ton zapowiadał burzę z piorunami. I to nie zwykłą burzę, ale niekontorlowaną złość. Szał. Wiedział, że teraz nic go nie uratuje, ale wciąż miał maleńką iskierkę nadzieji. 
  – Czy ty, idioto zdałeś sobie sprawę co zrobiłeś?! ZGUBIŁEŚ COŚ CO BYŁO KLUCZEM DO SKARBU, DO ZAGADKI! – ryknął zrzucając ze złości papiery z biurka. Część z nich posypała się na biednego Higginsa trzęsącego się ze strachu – CZEMU JA CIEBIE W OGÓLE ZATRUDNIŁEM, DO CHOLERY?! TRZEBA BYŁO SIĘ CIEBIE OD RAZU POZBYĆ! ALE TERAZ TO ZROBIĘ I JUŻ NIGDY NIE BĘDĘ MUSIAŁ ZNOSIĆ TWOJEGO ŻAŁOSNEGO WIDOKU! – zakończył ciężko dysząc. Wypuścił dużo dymu ze swojego cygara i w miarę spokojnym już krokiem podszedł do małej szafeczki wiszącej na ścianie po lewej stronie swojego biurka. Otworzył ją. W środku znajdował się panel z różnymi, skomplikowanymi przyciskami i kablami. Tylko on wiedział do czego wszystko służy i jak się tym posługiwać. Wcisnął mały, czerwony guzik.
Z tym guzikiem mała iskierka nadzieji Higginsa momentalnie prysła. Wiedział, że teraz już nic go nie uratuje, był bliski omdlenia, ale nie zamierzał się poddać. 
Szef zaciągnął się jeszcze raz cygarem i siedział, czekając. Po chwili w drzwiach stanął potężny, czarnowłosy mężczyzna. Ubrany był w białą koszulę i czarny garnitur, a na jego nogach znajdowały się czarne buty ze skóry. Wyglądał na bardzo pewnego siebie i był zupełnym kontrastem Higginsa. W ogóle nie bał się Szefa, a przynajmniej potrafił ukrywać bardzo dobrze swój strach, jeśli w ogóle go odczuwał.
  – Wzywałeś mnie, Szefie? – odezwał się patrząc swoimi stalowo szarymi oczyma to na drżącego człowieczka, to na mężczyznę siedzącego za biurkiem.
  – Tak, Woods. Skończ z nim – odpowiedział krótko wskazując lekceważącym gestem skulonego ze strachu Higginsa. Na twarzy mężczyzny nazywanego Woodsem, zakwitł złowrogi uśmiech. 
  – Z wielką przyjemnością.
Jednym ruchem pochwycił człowieczka. Tamten krzyczał i wyrywał się rozpaczliwie, ale bez skutku. Woods wywlókł go z gabinetu bez żadnego wysiłku i zatrzasnął za sobą drzwi. W momencie kiedy oboje zniknęli z oczu Szefa, mężczyzna oparł się wygodnie na krześle i wypuścił kolejny obłok dymu, tym razem spokojniejszy. 
  – Jeszcze wszystko nie jest stracone – powiedział  cicho do siebie – to dopiero początek. Wiem, że Isabella i inni bez trudu znajdą to z powrotem i będę mógł kontynuować poszukiwania.Nic mi nie stanie na drodze. Nie wiem czemu wpierw nie poprosiłem ich o wykonanie tego zadania. Chyba dlatego, że było takie banalne i tylko Higgins mógł to spaprać.  
Wyciągnął z szuflady biurka metalowe pudełko i wyciągnął z niego następne cygaro. Następnie przywołał lokaja by zebrał za niego papiery z podłogi i przyniósł mu mocną kawę. 






Muszę przyznać, że jestem całkiem zadowolona z pierwszego rozdziału. Ten blog jest moim nowym pomysłem, ale zamierzam go traktować poważnie i wstawiać nowe rozdziały jak najczęściej potrafię, nawet jeśli nikt nie zechce tego czytać ;P. Może będą pojawiały się czasami rzadko, bo chcę żeby każdy był dobrze przemyślany i nie zawierał za dużo błędów. To będzie takie przygodowe, tajemnicze fantasy. Więcej nic na ten temat nie zdradzę, po prostu dowiecie się jeśli będziecie chcieli dalej czytać. Jak zauważyliście jakieś błędy, to proszę zgłoście ;)
Szablon i nagłówek bloga jest tymczasowy.
Rozdział dedykuję Alphie Fearis :)